Dziś po planowanych 5h snu, a dlatego planowanych bo oczywiście w Azji nic nie idzie zgodnie z planem, chciałysmy dotrzec do Banaue gdzie są ponoć najpiekniejsze tarasy ryzowe ... Zacznijmy więc od tego, że z 5 godzin zrobiło się znowu 3 godziny gdyż w nocy zbudzil nas alarm pozarowy...jak już bylysmy gotowe do ewakuacji z 9 piętra naszego hotelu okazalo się, że alarm był falszywy ... A teraz zamiast w Banaue siedzimy w Sagadzie. Nie mam siły pisać jak to się stało...po po 14 godzinach jazdy autobusem , w tym 6,5 w najgorszym pksie jakiego widzialysmy jadącego po nieustajacych górskich serpentynach człowiek marzy tylko o...jedzeniu i kapieli.. a woda w kranie naszego hostelu nomen omen polecanego przez trip advisor jest szara.
No dobra, wiemy, że ciekawosc Was zjada :-) Wracając więc do Baguio czyli miejsca, z którego mialysmy pojechać do Banaue okazało się , że następny transport jest za 8h, ale za to za godzinę był autobus do Sagady. Tylko nie myslcie , że to tak łatwo złapać tu autobus ...trzy razy musiałysmy zmieniać "dworzec ".
Finalnie jestesmy w Sagadzie, zjadlysmy w nawet fajnej restauracji , lokalesi czestowali nas już wodka na ulicy , a w jednej z knajp trzeba bylo mieć rezerwacje ! Zjadlysmy lechon kawali czyli kurczaka albo nie pytajcie bo pewne nie jesteśmy i lemon chicken ( to był kurczak ), poprosilysmy również o lampke czerwonego wina to dostalysmy butelke rozowego, ryzowego wina ALE lokalnego :-)
A teraz zmierzamy pod nasz ekstra prysznic i trzymajcie kciuki , zebysmy jutro zdazyly na właściwego jeepnaya i autobus do Banaue :-)
niedziela, 2 marca 2014
Na końcu świata ...
sobota, 1 marca 2014
Witaj przygodo!
Dzisiejszym celem byl wulkan Mt. Pinatubo. Dla tego celu wstalysmy o 5 rano (po 3,5h snu), o 5:45 siedzialysmy w taxi, i przez zakorkowane juz o tej porze ulice Manili zmierzalysmy na Cubao Bus Station. Stamtad liniamy Victory Line dojechalysmy do Capas. Tam nie mialysmy juz planu, plan zrobil sie sam:-) Przywitala nas gromada usmiechnietych Filipinos oferujcych przejazdzke bardzo nietypowym pojazdem (sam obiekt znajdziecie na zdjeciach). Po konsultacji z lokalnym police manem zdecydowalysmy sie skorzystac. Co tu duzo mowic, to bylo cos! Do lez usmialysmy sie gdy podjechalismy pod petrol station dedykowana dla tego typu pojazdow - zobaczcie na zdjecia - tak chodzi o te butelki po coli! ;-) Jak sie okazalo to byl dopiero poczatek przygody. Kolejna czesc to off-road, nie byloby w tym nic niezwyklego gdyby nie nasz pojazd ktory jeepem byc moze byl ale kilka dobrych lat temu;-) Po tym jak pojazd rusxyl okazalo sie ze nasze siedzenia nie sa przymocowane do reszty samochodu;-) Przedzieralysmy sie przez tabuny pylu i kurzu, a moj czarny szal sluzyl nam za filtr;-) Cale szczescie ze nasz kierowca pokonal nim chyba niejedna droge, dzieki temu po prawie dwoch godzinach huuupsow, uuuupsow, juppppsos brudne i zmeczone dotarlimy na szlak. Tam czekaly nas jeszcze 2 godziny treckingu....nasz maly, chudy Philippino guide, ktory naprawde bardzo szybko chodzil doprowadzil nas do celu - volcano lake! Krajobrazy podczas off road i wycieczki byly niesamowite, prawie kosmiczne:-) Po poqro i do jeepa okazalo sie ze i my wygladalysmy kosmicznie...poprzypiekane nosy, rece, kolana, warstwa mieniacego sie pylu z okolicznych skal i glod w brzuchu;-) Glod szybko zniwelowalysmy, ale powrot na latajacych siedzeniach byl nie do przyjecia. Siadlysmy wspolnie na jednym przednim siedzeniu i wowczas zorientowalam sie, ze jeep ma jeszcze jeden brak - brak drzwi..... Prowizorka w postaci pojedynczego pasa dawala "pewne" poczucie bezpieczenstwa, ktore pozwolilo nam wrocic calo i bardziej komfortowo ;-) Co ciekawe na skraju dzungli spotkalismy Filipinczykow, dla ktorych jest to ciagle ich dom, a rzeki przez ktore przejezdzalismy stanowia pralnie i laznie. Wracajac sie do Manili ogladalismy za to ogromne centra handlowe, reklamy najwiekszych marek, dzisiatki fast foodow swiadczace pewnie o amerykanskim sojuszniku. Takie oto sa Filipiny, roznorodne, skrajne, ale przyjazne, bo na koniec dzieki pomocy lokalesow moglysmy sie odnalezc w tym chaosie:-)
piątek, 28 lutego 2014
From Bangkok to Manila
Zaczelismy od ryzu na sniadanie:-) W oczekiwaniu na bus na lotnisko zjadlysmy kolejny ryz;-) Na lotnisku rowniez skonsumowalysmy ryz, tym razem z kurczakiem obawiajac sie, ze w samolocie nic nie dostaniemy. Tymczasem Philippine Airlines bardzo milo nas zaskoczyly oferujac pelny lunch... oczywiscie tez ryz i tez z kurczakiem;-)
Okolo 18 wyladowalysmy w Manili. Nie ukrywam, z pewnymi obawami wychodzilysmy z lotniska. Sympatyczna Kanadyjka mieszkajaca tu od dluzszego czasu pomogla nam wybrac odpowiednie taxi.... I tak oto zaczela sie nasza niemal dwugodzinna podroz do hotelu w Quezon City, Manila. Podrozy towarzyszyly niekonczace sie korki oraz widoki bardzo skrajne, od ogromnych, blyszczacych wiezowcow, poprzez straszne dzielnice biedy. Taksowka ostatecznie dowiozla nas do calkiem przyzwoitej czesci metropolii - Quezon City, troche przypominajacej nam amerykanskie przedmiescia, tyle ze jestesmy tu praktycznie jedynymi bialasami;-) Tune hotel w ktorym sie zatrzymalysmy jest chyba najlepsza miejscowka jaka nam sie trafila;-) Na burczacy brzuch z ratunkiem przyszla nam sasiednia knapa, w ktorej zjadlysmy oczywiscie ryz, zagadka brzmi z czym?:-)